poniedziałek, 11 kwietnia 2016

NOWE SPOJRZENIE NA BÓL

NOWE SPOJRZENIE NA BÓL

   Co prawda nie doczekaliśmy się jeszcze specjalizacji, którą cechowałoby zunifikowane spojrzenie na problem bólu, ale coraz częściej kwestionujemy istniejący porządek. W lutym 2011 roku American College of Physicians opublikowało artykuł opowiadający się za zaprzestaniem wykorzystywania rezonansu magnetycznego w diagnostyce bólu odcinka lędźwiowego kręgosłupa. Autorzy tekstu zwrócili uwagę, że w 85% przypadków badania nie wykazały zniekształceń kręgosłupa (tj. przepukliny czy stenozy) ani żadnych chorób. W tych wypadkach przyczynę bólu określono jako „nieswoistą”. Zauważono, że wspomniane wcześniej badania skutkują zbędną terapią i niepotrzebnymi zabiegami oraz zwiększeniem kosztów leczenia. Podkreślono także fakt, że posługując się przy identyfikacji zniekształceń złożonymi terminami medycznymi, niezrozumiałymi dla zwykłych ludzi, lekarz tylko dodatkowo stresuje pacjenta. Nie sposób pominąć ani zignorować znaczenia tego ostatniego odkrycia.

   Zaobserwowałem, że po zdiagnozowaniu jakiejś choroby pacjenci koncentrują się wyłącznie na użytej terminologii medycznej ze względu na jej złowieszcze brzmienie. Kiedy tak się dzieje, to znaczy kiedy zapominają o znaczeniu słów, zaczynają wierzyć, że coś poszło nie tak i łatwiej zgadzają się na niepotrzebne, skomplikowane zabiegi. Mechanizm ten świetnie ilustruje przykład stenozy kręgosłupa. Brzmi okropnie, ale „stenoza” oznacza po prostu zwężenie i nawet jeśli przybierze bardzo łagodną, bezobjawową postać, pacjent może dać się namówić na zabieg chirurgiczny albo zbędną terapię, ponieważ sama nazwa schorzenia wywołuje w nim lęk.

   American College of Physicians podparło wnioski zawarte w opublikowanym artykule licznymi badaniami. Faktem jest, że od kilkudziesięciu lat temat leczenia bólu przyciąga coraz więcej badaczy. Pierwsza analiza zależności między wynikami rezonansu magnetycznego a bólem została opublikowana w 1994 roku. Wykazano w niej, że ok. 70% osób, u których stwierdzono przepuklinę, nie uskarżało się na ból.

   Analogiczny problem poruszał artykuł The Pain May Be Real, but the Scan Is Deceiving („Ból może być prawdziwy, ale prześwietlenie wprowadza w błąd”) autorstwa Giny Kolaty, opublikowany w 2008 roku na łamach „New York Timesa”. Autorka zauważyła, że badanie przy użyciu rezonansu magnetycznego skutkuje zdiagnozowaniem zaburzeń systemowych w równej mierze u osób cierpiących na ból, jak i u tych, które tego problemu nie mają, co sugerowałoby, że to nie zniekształcenia są jego przyczyną. W artykule zacytowano dr. Davida Felsona, kierownika Katedry Medycyny i Epidemiologii w Boston University Medical School: „Za każdym razem, kiedy uzyskujemy dostęp do nowej technologii umożliwiającej lepsze zrozumienie struktur, do których wcześniej nie mieliśmy wglądu, powtarzamy: »Boże drogi, spójrzcie tylko na te wszystkie zaburzenia. Mogą być groźne...« Niekiedy są, kiedy indziej niekoniecznie, ale w efekcie przykładamy do nich większą uwagę, niż powinniśmy”.

   David Felson zgłębiał to zagadnienie w swoich badaniach. W artykule opublikowanym we wrześniu 2011 roku na łamach „The New England Journal of Medicine” czytamy, że jego zespół zaobserwował interesującą zależność: rozerwanie łąkotki było równie powszechne u osób cierpiących na artretyzm kolan i skarżących się na ból, co u tych, które pomimo choroby bólu nie doświadczyły. Uszkodzenie pojawiało się wraz z artretyzmem i stanowiło jeden z elementów zmian zwyrodnieniowych. Znaczy to tyle, że wyleczenie łąkotki nie wyeliminowałoby bólu.

   Dr James Andrews, znany ortopeda sportowy z Gulf Breeze na Florydzie, postanowił zweryfikować swoje podejrzenie, że badanie rezonansem magnetycznym – któremu poddawani są niemal wszyscy zawodowi (i nie tylko) sportowcy – może poskutkować wyciągnięciem błędnych wniosków. W tym celu prześwietlił barki 31 całkowicie zdrowych zawodowych graczy w baseball, a dokładniej miotaczy.

   Żaden z uczestników eksperymentu nie doznał kontuzji i nie odczuwał bólu. Mimo to u 90% badanych obrazowanie pokazało zaburzenia budowy chrząstki, a u 87% – ścięgien pierścienia rotatorów. „Jeśli szukasz powodu, żeby wykonać operację barku miotacza, po prostu zrób mu rezonans magnetyczny” – podsumował swoje ustalenia dr Andrews.

   Na problem zależności między badaniem rezonansem magnetycznym a zdefiniowaniem źródła bólu można też spojrzeć z innej perspektywy:
statystyk dotyczących zabiegów chirurgicznych wykonanych na zdiagnozowanych w ten sposób zaburzeniach strukturalnych.

   W 2002 roku na łamach „The New England Journal of Medicine” ukazał się artykuł podsumowujący badania dotyczące korelacji między chirurgicznym leczeniem artretyzmu kolana a uczuciem bólu w stawie. U wszystkich pacjentów biorących udział w badaniu to właśnie reumatoidalne zapalenie stawów uznano za źródło bólu. Chorych podzielono na trzy grupy: pierwszą poddano artroskopowemu oczyszczeniu kolana z chorej tkanki, drugą płukaniu stawów, a trzeciej zaserwowano placebo. Ani pacjenci, ani oceniający nie wiedzieli, do której grupy trafiły poszczególne osoby. Nie dopatrzono się żadnych różnic między efektami osiągniętymi dzięki faktycznym zabiegom a placebo. Wnioski były zwięzłe i jednoznaczne: „U pacjentów cierpiących na zapalenie kostno-stawowe kolana efekt zmniejszenia uczucia bólu oraz poprawa funkcjonowania stawu osiągnięte dzięki zastosowaniu artroskopii nie wykraczały poza skuteczność zabiegu placebo”. Ważne jest, aby czytelnik zrozumiał, czym jest „grupa placebo”. Jeśli stan pacjenta należącego do tej grupy ulega poprawie, to dzieje się tak wyłącznie dzięki jego przekonaniu, że lekarze zastosowali wobec niego jakąś terapię leczniczą. W naszym przypadku pacjenci z grupy placebo odczuwający osłabnięcie bólu poczuli ulgę wyłącznie dzięki wierze. Żeby poznać faktyczną efektywność zabiegu, musimy w grupie, którą poddano prawdziwej terapii, pominąć tylu pacjentów, ilu w grupie placebo odczuło ulgę – dlatego że również oni mogli poczuć ten efekt. Ponieważ nie dopatrzono się różnic między wynikami w poszczególnych grupach, sugerowałoby to, że zabieg nie odegrał większej roli w ukojeniu bólu. To ostateczny dowód na to, że to nie artretyzm powoduje ból kolan.

   Co prawda badania nad efektem placebo są interesujące, ale moim zdaniem najwyraźniejszym powodem tego, że przeprowadzanie operacji na podstawie diagnozy wskazującej na zmianę strukturalną powinniśmy traktować jako bezzasadne, jest fakt wyodrębnienia się tzw. „zespołu nieudanej operacji kręgosłupa”. Kilka lat temu odsetek nieudanych zabiegów chirurgicznych odcinka szyjnego i kręgosłupa wzrósł do tego stopnia, że środowisko medyczne ukuło specjalną nazwę dla przypadków, w których pacjent po zabiegu odczuwa większy ból niż przed nim.

   Fatalne efekty operacji pleców nie są żadną tajemnicą. W artykule opublikowanym na łamach periodyku medycznego „Spine” zwrócono uwagę, że zabieg spondylodezy nie powiódł się w 74% przypadków. W grupie, w której spondylodeza miała rozwiązać problem bólu odcinka lędźwiowego kręgosłupa, tylko 26% osób poddanych operacji wróciło do wykonywania swoich obowiązków (odsetek ten wyniósł 67% w grupie, w której pominięto rozwiązanie chirurgiczne). Dane są zatrważające. W 27% przypadków konieczne było przeprowadzenie kolejnego zabiegu w celu naprawienia popełnionych błędów. W grupie poddanej spondylodezie odcinka lędźwiowego u 36% pacjentów doszło do komplikacji. Wśród osób poddanych operacji odsetek pacjentów stale upośledzonych wyniósł 11% (2% w przypadku rozwiązań niechirurgicznych).

   Na szczęście wiele ośrodków medycznych zgadza się co do tego, że przepuklina widoczna na rezonansie magnetycznym niekoniecznie musi stanowić przyczynę bólu lędźwiowego odcinka kręgosłupa. W publikowanym przez Cleveland Clinic „Arthritis Advisor” z lipca 2011 roku czytamy, że: „Ból ma zwykle pochodzenie mięśniowe” oraz: „Chirurgia kręgosłupa zyskała złą sławę za sprawą operacji spondyledozy wykonywanych pomimo braku przesłanki niestabilności kręgosłupa. To, co pacjenci widzą na rezonansie magnetycznym – czyli zniekształcenie dysku – skłania ich do poddania się zabiegowi chirurgicznemu. To najgorsza z możliwych opcji, ponieważ nie wiedzą, czy to akurat dysk jest źródłem bólu. Degeneracja dysku jest naturalną konsekwencją procesu starzenia się; prędzej czy później dotyka wszystkich”.
Nie trzeba wertować dzienników medycznych w poszukiwaniu adekwatnych artykułów ani wsłuchiwać się w głos szanowanych instytucji, żeby znaleźć dowody potwierdzające błędność założeń leczenia problemu bólu w obecnym systemie. Wystarczy świadectwo najbliższej rodziny i przyjaciół, którzy poddali się terapii mającej zniwelować ich ból. Ta sfera medycyny całkowicie wymknęła się spod kontroli i konieczne było wprowadzenie uregulowań prawnych hamujących jej samowolę. Poza tym, jeśli się nad tym zastanowić, to idea walki z bólem wydaje się dziwaczna i przestarzała. Medycyna powinna skoncentrować swoje wysiłki na wyeliminowaniu bólu, a nie na jego łagodzeniu. Skoro ból informuje nas, że w ciele dzieje się coś złego, to powinniśmy dążyć do wyodrębnienia tkanki, która wysyła sygnał alarmowy, i do rozwiązania problemu – dopiero wtedy sygnał alarmowy ucichnie. Jedno jest pewne: obecnie przyjęty model postępowania nie sprawdza się.
KROK W TYŁ

   Choć przedstawiłem wiele argumentów przeciwko utrzymaniu obecnego modelu leczenia bólu, przekonałem się, że pacjenci nie odczytują ich we właściwym kontekście. Chory nie dowiaduje się, co powoduje jego ból i dlaczego współczesna medycyna mu nie pomoże. Dlatego posłużę się metaforą, z której często korzystam i która powinna wszystko wyjaśnić: „ciało jako samochód”.

   Wyobraźmy sobie samochód zaparkowany na ulicy. Z jakiegoś powodu postanowiłem zmasakrować drzwi wielkim młotem i spuścić powietrze z opon. Następnie wsiadłem do środka i uruchomiłem silnik, ale samochód nie rusza.

   Zdezorientowany dzwonię do kolegi. Ten uważnie ogląda samochód, po czym stwierdza: „Wiem, co jest nie tak. Masz wklęsłe drzwi – widać to jak na dłoni. Zrobię zdjęcie i udowodnię ci, że to prawda”.
Ale jego wyjaśnienie nie ma sensu. Samochód ze zniszczonymi drzwiami też powinien pojechać, bo uszkodzenie nie ma związku z układem jezdnym. Zwróćmy uwagę, że silnik chodzi, ale samochód nie rusza. To mogłoby sugerować, że problem stanowią koła i wystarczy je napompować. Fakt, karoserii trochę się oberwało, ale to nie uszkodzone drzwi były problemem. W tym przykładzie wgniecione drzwi to przepuklina, stenoza, artretyzm albo rozerwana łąkotka, wychwycone przez lekarza na prześwietleniu. To, że znaleźliśmy zniekształcenie strukturalne, nie oznacza, że to właśnie ono odpowiada za objawy. Zrozumienie symptomów ma kluczowe znaczenie dla zrozumienia przyczyny.

   Doszukiwanie się problemu w drzwiach jest jak analizowanie zniekształceń strukturalnych. Stanowczo zbyt wielu pacjentów trafiło do mnie po chirurgicznej „blacharce drzwi”, kiedy przekonali się, że samochód nadal nie chce ruszyć z miejsca. To bez sensu. Co nam zatem pozostaje?


poniedziałek, 4 kwietnia 2016

CZYM JEST BÓL?

CZYM JEST BÓL?
Zanim wytłumaczę, jak problem bólu jest postrzegany przez współczesną medycynę, wpierw powinniśmy zrozumieć, czym ból w zasadzie jest. Mówiąc najprościej: ból to sygnał, który wysyła nasze ciało, żeby poinformować o jakiejś niedogodności i tym samym umożliwić jej rozwiązanie. Agencja Badań nad Opieką Społeczną (Agency for Healthcare Research and Quality) podlegająca amerykańskiemu Ministerstwu Zdrowia i Pomocy Społecznej (Department of Health and Human Services) definiuje ból jako „nieprzyjemne uczucie informujące, że coś złego dzieje się z ciałem. Uczucie bólu jest metodą ostrzegania mózgu o zagrożeniu”. Innymi słowy, mówiąc o bólu, mamy na myśli komunikat wskazujący na jakiś problem.

   A teraz nieco bardziej szczegółowo: narażona na niebezpieczeństwo tkanka wysyła sygnał odbierany przez nocyceptory (receptory bólowe), które przekazują go do mózgu, ten zaś przekłada otrzymaną informację na uczucie bólu.

   Wiele osób wychodzi z błędnego założenia, że źródłem bólu są nerwy i to na nich trzeba się skupić, rozwiązując problem. Tak wydaje się większości moich pacjentów – ale ich rozumowanie jest błędne. Najwięcej receptorów bólu znajdziemy w tkance łącznej, która występuje w każdej tkance i w każdym narządzie, zwykle łącząc się z jego tkanką i odbierając informacje o jego kondycji. Kiedy pojawia się problem, tkanka łączna wysyła do mózgu informację o bólu. Mówiąc wprost: tak, źródłem bólu mogą być też nerwy, ale sygnały ostrzegawcze może wysyłać większość tkanek ludzkiego ciała. W przypadku kamieni nerkowych, ataku serca, problemów żołądkowych czy skaleczenia problem komunikują nerka, serce, żołądek i skóra, wykorzystując do tego receptory bólu w tkance łącznej otaczającej komórki, z których są zbudowane pozostałe tkanki. Również mięśnie mogą sygnalizować ból. Kiedy dochodzi do zawału, źródłem bólu nie są nerwy – im nic nie dolega – a sam narząd. Nerwy pełnią tu tylko funkcję pośrednika między organem wewnętrznym a mózgiem. Problemy z sercem często objawiają się bólem lewego ramienia – który nie ma nic wspólnego z nerwami.
Dr Ginevra L. Liptan napisała fantastyczny artykuł, w którym skupia się na roli receptorów bólu w tkance łącznej (dokładniej zaś na powięzi i bólu wywołanym przez fibromialgię). Pisze: „Do sensytyzacji ośrodkowej (uwrażliwienia) dochodzi w sytuacji długotrwałego komunikowania bólu przez receptory, co prowadzi do podwyższonej wrażliwości neuronów rogów tylnych rdzenia kręgowego. W stanie pobudzenia neurony rdzenia kręgowego cechuje podwyższone wyczulenie na szkodliwe rodzaje stymulacji, a nawet takie, które wcześniej traktowano jako niegroźne... Po prawdzie obwodowe drogi przewodzenia w mięśniach, z których większość skupia się w powięzi, w znacznym stopniu potęgują sensytyzację ośrodkową”. Tłumacząc to z języka naukowego na bardziej zrozumiały, można powiedzieć, że autorka dowodzi, iż ból powiązany z fibromialgią niekoniecznie wyniz zaburzeń układu nerwowego, a raczej z silnej sensytyzacji receptorów bólu otaczających mięsień, w sytuacji kiedy, upraszczając, każdy rodzaj stymulacji pobudza receptor.

   Niestety we współczesnych terapiach walki z bólem nie bierze się pod uwagę faktu, że może go komunikować każda tkanka organizmu. Kiedy przyczyna bólu wydaje się oczywista – jak to bywa w przypadku złamań czy ataku serca – diagnoza jest tylko formalnością. Jeśli jednak bólu nie da się powiązać z konkretnym zdarzeniem czy uszkodzeniem tkanki w wyniku wypadku, badania mające określić przyczynę bólu skupiają się zwykle na odchyleniach strukturalnych, które mogły oddziaływać na nerwy. Zazwyczaj używa się do tego celu obrazowania metodą rezonansu magnetycznego i prześwietleń, za których pośrednictwem lekarz szuka napięć w mięśniach będących efektem przepukliny albo stenozy w karku/plecach. Chroniczny ból w różnych częściach ciała (zwłaszcza gdy dotyczy kończyn) klasyfikuje się jako „neuropatię” – strukturalne uszkodzenie nerwów – której źródła należy szukać w kręgosłupie. To samo tyczy się innych objawów: mrowienia, pieczenia i odrętwienia.

   W rzeczywistości ból pozasystemowy, czyli taki, którego nie wywołała choroba (nowotwór, kamienie nerkowe, zespół jelita drażliwego itp.), może mieć swoje źródło w różnych miejscach: mięśniach lub układzie nerwowym, albo mieć charakter strukturalny. We współczesnej służbie zdrowia nie wyodrębniła się jednak specjalizacja, która pozwalałaby dookreślić, gdzie powinniśmy szukać problemu oraz która tkanka emituje sygnał o bólu. Wyodrębniło się ok. 15 różnych specjalizacji skupiających się na bólu i jego leczeniu, że wspomnę tylko o neurologii, ortopedii, reumatologii, psychiatrii, podologii, fizjoterapii, chiropraktyce i akupunkturze. Ale lekarze specjalizujący się w tych działach medycyny patrzą na problem wyłącznie z perspektywy doświadczeń i wiedzy pochodzącej z ich własnego podwórka. Nie postrzegają go w szerszej perspektywie, co pozwoliłoby im zidentyfikować prawdziwą przyczynę bólu.

   Chyba wszyscy zdajemy sobie sprawę z faktu, że odwiedzając każdego z tych specjalistów, usłyszelibyśmy rozbieżne czy wręcz sprzeczne ze sobą diagnozy. Jak to zwykłem mówić: „chirurg zawsze zaleca operację”. Dzieje się tak dlatego, że chirurdzy zostali przeszkoleni, żeby poszukiwać rozwiązania przez pryzmat chirurgii. Na tym się znają. I żebym nie został źle zrozumiany – nie jest to bynajmniej zarzut pod adresem lekarzy, ale systemu, który pozwala na to, aby zagadnienie bólu orbitowało na granicy innych dziedzin medycyny, pozbawione własnej specjalizacji.

   To, że obecna służba zdrowia nie radzi sobie z problem zdrowia, jest wypadkową dwóch czynników: powstania systemu opierającego się na rozdzieleniu specjalizacji cechujących się częściowym zrozumieniem problemu bólu oraz nieefektywnych metod jego diagnozowania – o czym więcej piszę w następnym rozdziale.


   Na szczęście ta sytuacja zaczyna ulegać zmianie.

wtorek, 29 marca 2016

BOLESNA RZECZYWISTOŚĆ

Statystyki dotyczące chronicznego bólu przytłaczają: na tę utrudniającą codzienne życie przypadłość cierpi miliard ludzi na całym świecie, w tym ok. 116 milionów dorosłych Amerykanów. Ale problem nie dotyczy wyłącznie określonej grupy wiekowej. Zdarzało mi się leczyć pacjentów w wieku od 6 do 96 roku życia. Co więcej, choroba nie wybiera – nie ma znaczenia, kim jesteś ani co dotychczas osiągnąłeś; czy jesteś sportowcem, czy większość czasu spędzasz na siedząco. Ból nikogo nie dyskryminuje. Wszyscy możemy paść jego ofiarą.

   Z tego powodu chroniczny ból trafił na drugie miejsce najczęstszych problemów, z jakimi odwiedzamy lekarza – na samym szczycie listy znajdziemy przeziębienie. W 2002 roku na leczenie przewlekłego bólu wydano 70 miliardów dolarów. W 2011 roku te koszta wzrosły do 635 miliardów, podczas gdy ogólne wydatki na służbę zdrowia wyniosły 2,2 biliona dolarów. Wychodzi na to, że te 635 miliardów to ni mniej, ni więcej, tylko 1/4 wszystkich wydatków zdrowotnych – na leczenie chronicznego bólu wydawano nieco ponad jednego dolara z czterech. Żeby sprowadzić problem do właściwych proporcji, dodam, że w tym samym czasie szacowany koszt leczenia chorób układu sercowo-naczyniowego wyniósł nieco ponad 400 miliardów dolarów.
Koszty leczenia nie odbijają się wyłącznie na grubości portfela chorego; sięgają dużo głębiej, oddziałując na ekonomię kraju. Wszechobecność problemu bólu ma kolosalny wpływ na działanie sfery biznesowej – wedle danych przedstawionych w raporcie Institute of Medicine w roku 2010 obniżona produktywność przełożyła się na straty w wysokości od 297,4 do 335,5 miliarda dolarów. Wartość finansową utraconej produktywności wyznaczają trzy szacunkowe czynniki: liczba opuszczonych dni w pracy (11,6–12,7 miliarda dolarów), opuszczone godziny (95,2–96,5 miliarda dolarów) i pomniejszona wysokość wypłat (190,6–226,3 miliarda dolarów). Kiedy porównamy to zestawienie z badaniami z 2003 roku opublikowanymi na łamach „Journal of the American Medical Association”, okazuje się, że w analizowanym przedziale czasowym straty spowodowane obniżeniem produktywności wyniosły 61,2 miliarda dolarów. Od tego czasu choroba kosztuje nas coraz więcej.
Rosnące koszty leczenia chronicznego bólu dotykają nas wszystkich. To z ich powodu wzrasta koszt ubezpieczenia społecznego i zmienia się stawka odpisów podatkowych. Cenę zwiększonych wydatków na leczenie płacą też ludzie, którzy nie cierpią na chroniczny ból. Kiedy koszty usług medycznych przekraczają wysokość składki ubezpieczeniowej, obserwujemy trzy rzeczy: rośnie nasza składka, wzrasta bezpośrednie obciążenie dla kieszeni, a stawki lekarzy maleją. Moim zdaniem problem chronicznego bólu przyczynił się w znacznym – o ile nie w decydującym – stopniu do pogłębienia obserwowalnej od kilku lat samowoli firm oferujących ubezpieczenia zdrowotne.


   Pomijając koszty finansowe, których nikt nie podaje w wątpliwość, wydaje się, że prawdziwą ceną, jaką płacimy, jest cierpienie fizyczne i emocjonalne oraz jego wpływ na nasze codzienne życie. Do mojego gabinetu trafiają osoby, które doświadczają prawdziwego bólu, i świadomość tego rozdziera mi serce. Ci ludzie unikają robienia tego, co lubią, bo ból związany z tymi czynnościami jest nie do zniesienia. Jakość ich życia znacząco spadła, a stan ten utrzymuje się niekiedy nawet 20 lat. Prawdą jest, że część pacjentów, którzy do mnie trafiają, nie leczyła się wcześniej, jednak większość zdążyła już zaliczyć wędrówkę po gabinetach lekarskich. Poddawali się kolejnym zabiegom chirurgicznym, które nie przyniosły ulgi w cierpieniu. Przyjmowali leki i stosowali terapie, które maskowały problem, ale nic ponadto. Skoro wydajemy na leczenie chronicznego bólu więcej niż kiedykolwiek wcześniej, dlaczego problem nieustannie się pogłębia? Jak obecnie radzimy sobie z bólem – i dlaczego się to nie sprawdza?

wtorek, 22 marca 2016

Sporadyczne bóle głowy

BÓLE GŁOWY to jedna z najczęstszych dolegliwości. Nie są chorobą, ale objawem, który może mieć różne pochodzenie. Około 80% kobiet i 50% mężczyzn cierpi okresowo z powodu bólów głowy.
Zależnie od czasu trwania, bóle dzieli się na:
sporadyczne
ostre
przewlekłe i nawracające.
ODMIANY I PRZYCZYNY
Sporadyczne bóle głowy

Dotykają prawie wszystkich ludzi (w wyniku infekcji, po nadużyciu alkoholu, wskutek przemęczenia itp.). Trwają one zwykle krótko, są niezbyt nasilone oraz ustępująsamoistnie lub w wyniku prostego samoleczenia. Dolegliwości te nie są powodem zgłaszania się do lekarza i nie ma potrzeby omawiania ich szerzej.

środa, 23 grudnia 2015

Bóle pleców

Dlaczego ja?   

   „Dlaczego ja?”, to pytanie zadaje sobie wielu ludzi, którzy doświadczają ostrego napadu bólu pleców. W połowie tego typu przypadków ból pojawia się właściwie bez zapowiedzi, bez przyczyny. Po chwili zastanowienia nad wydarzeniami z poprzedniego dnia lub kilku dni niektórzy przypominają sobie o dziwnych skrętach lub innych działaniach, które mogły doprowadzić do nadwyrężenia pleców. Niektórzy wspominają o chwilowym, pozornie banalnym skrzyknięciu lub szarpnięciu w plecach. Wiele osób regularnie podejmuje danego rodzaju formy aktywności i w związku z tym nie potrafi zrozumieć, dlaczego akurat teraz spowodowały one dolegliwości ze strony pleców.W drugiej połowie przypadków mamy do czynienia z pewnym dość oczywistym bodźcem, jakim jest nadwyrężenie pleców podczas podnoszenia ciężarów, na przykład przesuwania mebli lub pakowania czegoś o sporej wadze do bagażnika samochodowego. Czasami pacjenci wspominają o dolegliwościach bólowych lub kilku strzyknięciach, które najpierw nasilają się przez kilka godzin, a potem następnego dnia uniemożliwiają wstanie z łóżka. Powszechność zjawiska, jakim jest ból pleców, potwierdzają dane epidemiologiczne.
   

   Do 80% populacji w pewnym momencie swojego życia doświadcza dolegliwości ze strony pleców. Z badań wynika, że w każdym roku pewne dolegliwości lub bóle pleców wystąpią nawet u 50% populacji. Wskaźnik ten określa się mianem chorobowości bólu pleców. Z dostępnych danych na ten temat wynika, że ból pleców to bardzo powszechne zjawisko (por. rys. 1.1)
W zasadzie można by powiedzieć, że ból pleców to stan normalny dla przedstawicieli gatunku ludzkiego. Szczytowy moment występowania silnych bólów pleców po raz pierwszy przypada na okres między trzydziestym a pięćdziesiątym rokiem życia, przy czym różnego rodzaju typowe i powszechne dolegliwości bólowe w tym obszarze dotykają nawet 15% dzieci i młodzieży. Gdyby spojrzeć na to z odpowiedniej perspektywy, można by powiedzieć, że ból pleców to coś, co w pewnym momencie życia dotknie prawie każdego człowieka. Wiele osób zakłada, że duże natężenie bólu musi wskazywać na występowanie bardzo poważnego schorzenia. Dla uspokojenia tych obaw już teraz należy stwierdzić, że tylko w niespełna 1 procencie przypadków silne bóle pleców świadczą o występowaniu choroby lub stanu patologicznego. Innymi słowy, jest wysoce prawdopodobne, że dokuczający ci ból pojawił się na skutek zaistnienia jednej z wielu typowych przyczyn tego typu dolegliwości. Zapoznając się z kartą autodiagnozy zamieszczoną w Dodatku, możesz przeanalizować swoje objawy i na tej podstawie spróbować postawić robocze rozpoznanie.    

   
     Mit. Skoro ból pleców jest tak silny, musi wskazywać na poważne zaburzenia.
Fakt. Tylko jeden procent bólów pleców ma związek z poważną chorobą lub stanem patologicznym.
ZOBACZ CAŁY PORADNIK: BÓLE PLECÓW TUTAJ>>>

wtorek, 1 grudnia 2015

Ból karku


Ból karku


Autor: marek szynkiewicz

Ból karku – przyczyny dolegliwości, sposoby zapobiegania i leczenia.

Wiele osób, takżę młodych,cierpi na bóle karku. Często kark lub ramiona drętwieją i każde poruszenie głową powoduje ból.Dolegliwości te utrudniają życie, a gdy stają się codziennością są poważnym problemem.
Jakie są przyczyny bólu karku oraz jak można go pokonać?
Najpierw musimy poznać jednak przyczyny problemu.

-Najczęściej przyczyną bólu karku są zmiany zwyrodnieniowe kręgosłupa szyjnego. Oprócz bólu objawem jest też ograniczenie ruchomości kręgosłupa szyjnego. Zwyrodnieniu ulegają krążki międzykręgowe oraz stawy międzykręgowe.
Choroba zwyrodnieniowa stawów powstaje wskutek ich „zużycia”. Urazy mechaniczne, stałe obciążanie stawów w ciągu całego życia doprowadza do mechanicznego ścierania się chrząstki.
W poważniejszych stanach może doiść do „wypadnięcie dysku”.
Z bólami karku związany jest również ból głowy.

-Kolejną przyczyną bólu karku może być osłabienie mięśni szyi i karku. Jest to spowodowane zbyt małą aktywnością fizyczną.

- Niewłaściwa postawa może być również powodem bólu karku i bólu szyi.Zbyt długie oglądanie telewzji,czytanie książki lub jazda samochodem w jednej pozycji może powodować tą dolegliwość.

-Ból karku wzmacniać może zbytnie wychłodzenie karku np.podczas silnego wiatru.

Samodzielne leczenie

-Pomaga na pewno przyimowanie właściwej pozycji w trakcie siedzenia,snu lub jazdy samochodem.

-Dobre efekty daje korzystanie podczas snu ze specjalnie skonstruowanej poduszki dostosowującą się do kształtu głowy. Poduszka taka powoduje, że w czasie snu kręgosłup szyjny przyjmuje fizjologicznodpowiednią pozycję co przynosi ulgę nadmiernie napiętym mięśniom. Poduszka taka może być również stosowana zapobiegawczo,przed pojawieniem się bólu karku.

-Można także pujść do masażysty lub samemu wykonać masaż karku i szyi.

Do lekarza

Gdy ból pojawia się od czasu do czasu można stosować powyższe metody,jednak gdy się nasila nieunikniona jest wizyta u lekarza.
W poważniejszych stanach wymagana jest rachabilitacja i przyimowanie leków przeciwbólowych i/lub przeciwzapalnych.
                                                                                                                                         

euro 2012 poland
Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

piątek, 13 listopada 2015

Czy migreny są niebezpieczne?


Czy migreny są niebezpieczne?


Autor: Jacek Różański

Kiedy zaczynają się u Ciebie pojawiać wszystkie te zwariowane objawy migreny, żeby już nie wspomnieć o rozrywającym, świdrującym, pulsującym bólu, niewiele brakuje do rozmyślań na temat szkód, jakie wyrządzają one w Twoim organizmie. Czy może to uszkodzić mój mózg? A może spowoduje to u mnie chorobę psychiczną?

Z tego właśnie powodu mamy tendencję do naprzemiennego podnoszenia na duchu pacjentów i zachęcania ich do podjęcia leczenia.
Innymi słowy, kiedy lekarz mówi Ci, że to nic poważnego, będziesz bardziej skłonny zadowolić się kilkoma tabletkami przeciwbólowymi. Kiedy jednak lekarz powie, że nie ma żartów, możesz spanikować i łyknąć coś, czego nie powinieneś, lub skończy się to dla Ciebie niepotrzebnym, dodatkowym stresem.
Ale czy nie liczy się to, by pacjenci również poznali prawdę?
Czytaj dalej, teraz podzielę się z Tobą kilkoma pomocnymi informacjami. Jednocześnie obawiam się, że gdy spytasz „Czy migreny są niebezpieczne?”, usłyszysz następującą odpowiedź: „I tak, i nie, i nie wiadomo”.
Czy migreny są niebezpieczne? Wolałbym zapytać czy migrena jest niebezpieczna, a to dlatego, że jest ona chorobą, podczas gdy, technicznie rzecz biorąc, jej jednorazowe ataki mogą dotknąć każdego. I jeżeli zdaża Ci się pojedynczy atak, nie ma wątpliwości, że musisz natychmiast udać się do lekarza. Za każdym razem, kiedy męczy Cię inny lub absolutnie nieznośny ból głowy, idziesz do lekarza, ponieważ może to być naprawdę niebezpieczne.
Więc, kontunuując, porozmawiajmy o migrenie w ogólnikach. Jeśli spytasz, czy migrena może skrócić Twoje życie, podwyższyć ryzyko innych chorób, czy znacząco zmniejszyć poziom Twojej „jakości życia”, odpowiedź brzmi: TAK. Migrena może być bardzo niebezpieczna.
Weź pod uwagę schorzenia współistniejące. Weź pod uwagę możliwe podwyższone ryzyko udaru i choroby serca. Weź pod uwagę wpływ dotkliwego bólu, nudności i innych objawów związanych z migreną w Twoim ciele. Weź pod uwagę godziny, w których nie jesteś produktywny, kiedy nie jesteś nawet w stanie wstać z łóżka. Jak to wpływa na Twoją pracę i na Twoje relacje z innymi?
Nie sugeruję, że osoba cierpiąca na migrenę nie może przezwyciężyć tego wszystkiego I wieść wspaniałego życia. Ale chcę dać do zrozumienia, że na wyleczenie migreny nie można żałować czasu. Nie powinieneś po prostu pogodzić się z tym, że męczą Cię migreny – w rzeczy samej mogą być naprawdę niebezpieczne.
Nie ulega wątpliwości, że migrena może się rozwijać.Wygląda na to, że potrzebuje ona tylko czasu, by siać coraz większe zniszczenie w Twoim ciele. Trwa debata, jak choroba ta może stawać się coraz bardziej niebezpieczna z biegiem czasu.
Czy migrena jest niebezpieczna? W sumie, z drugiej strony, nie należy się spodziewać, by była aż tak groźna, jak Twoje ciało zdaje się sygnalizować. Innymi słowy, możesz mieć przeświadczenie, że atak Cię zabije, podczas gdy prawdopodobnie tego nie zrobi (i znowu – jeżeli dokucza Ci najgorszy możliwy do wyobrażenia sobie ból, natychmiast skonsultuj się z lekarzem). Masz duże szanse wyjść z tego i być w zupełnie dobrej formie. Czeka na Ciebie leczenie, które pomoże Ci radzić sobie z atakami w przyszłości, a nawet uniknąć ich.
Nawet ryzyko udaru i choroby serca nie powinno zbytnio niepokoić – możesz ryzykować jego zwiększenie, ale nie znaczy to, że jutro dostaniesz zawału.
W końcu, jest jeszcze mnóstwo rzeczy, których nie wiemy. Szczerze mówiąc, wciąż staramy się zrozumieć po prostu jak niebezpieczna naprawdę jest migrena.
Jak możemy podsumować? Pozwól, że ujmę to tak. Czy migrena jest niebezpieczna? Jeżeli pytając masz na myśli to, czy jej atak może zabić Cię z miejsca (lub wyrządzić poważne szkody), odpowiedź brzmi: prawdopodobnie nie. Jeżeli natomiast pytasz o długofalowy efekt migreny na Twoje życie – tak, jest niebezpieczna. Nie musi to oznaczać wczesnej śmierci, ale na pewno oznacza bardzo znaczący wpływ na Twoje życie.
Wróćmy do tego, co powinniśmy zrobić – tylko dla przypomnienia.
Jeżeli dokucza Ci inny lub absolutnie nieznośny ból głowy, idź do do lekarza, nie zwlekając – to prawdopodobnie nic szczególnie niebezpiecznego, ale zawsze istnieje szansa, że może takim być.
Staraj się utrzymywać stres na niskim poziomie podczas ataku migreny. Atak sam w sobie prawdopodobnie nie wyrządzi Ci trwałej krzywdy. W końcu poczujesz się lepiej! (Zauważyłem, że niektórym osobom ból dokucza bez przerwy. Ale to inna historia, gdyż, zanim poczujesz się lepiej, być może będziesz musiał poświęcić mnóstwo czasu i poddać się leczeniu. Musimy być co do tego szczerzy! W każdym razie, jeden dzień bólu Cię nie wykończy).
W dłuższym okresie czasu migrena może być niebezpieczna. Nie do końca rozumiemy, jak niebezpieczna. Lecz może ona mieć znaczący wpływ na Twoje życie. Nie odkładaj na później poddania się dobremu leczeniu, gdyż może to wyrządzić szkodę Twojemu ciału i życiu. Zbyt wielu ludzi zwleka zbyt długo, podczas gdy mogą się leczyć.

Migrenicy.pl
Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.